środa, 10 lipca 2013

Rozdział 13



Udałam się w kierunku toalet ,jednak nigdzie na horyzoncie nie było śladu  Katherine.Z myślą ,że pewnie moja kuzynka gdzieś już sobie hula z gromadką chłopaków przy boku zapominając o bożym świecie , wróciłam do baru.Usiadłam na krześle jak najdalej barmana.Jakoś nie miałam ochoty na pogawędki z nim ,ani z nikim innym ,ani w ogóle na nic nie miałam ochoty.Zamówiłam kolejnego drinka.Coś czuje ,że dziś spędzę ten wieczór zapijając swoje smutki.Obok mnie nagle pojawiła się Kat jak by wyczuwając ,że popsuł mi się humor , od razu przybyła z odsieczą by temu zaradzić.
-Cześć.-usiadła na barowym krześle obok mnie.
-Cześć.-odparłam sącząc wódkę z colą.
-Co robisz?
-Sadze ziemniaki.
-To ja posadzę z tobą.-odparła roześmiana.-Ale jak skończysz sadzić to pójdziemy potańczyć.
-To potrwa długo ,moje pole ma 30 hektarów.       
-O nie! Pijesz to i idziemy.-powiedziała stanowczo ,a ja nie miałam już w tej sprawie nic do gadania.
-A tak w ogóle to gdzie byłaś?
-Oj ,tak miło sobie gawędziliście ,że nie miałam serca się wtrącać.
-No tak ,te nie zawodne patenty Kat na swatanie.-powiedziałam do siebie.
Po chwili wypiłam alkohol i udałam się na parkiet ,a raczej zostałam tam wciągnięta. Próbowałam wczuć się w rytm nie znanych mi piosenek. Nawet chwilę tańczyłam ,ale potem raczej bardziej zaczęłam się wygłupiać niż tańczyć.Z kolejnymi minutami spędzonymi na parkiecie zapominałam o wszystkim innym , dziś po prostu chciałam się dobrze bawić.Moje przygnębienie ,które towarzyszyło mi jeszcze parę minut temu jak by wyparowało. Nie znani mi przedstawiciele płci męskiej raz za czas podchodzili w naszą stronę chcą „dotrzymać nam towarzystwa” ,nie przejmowałam się tym zbytnio i dalej tańczyłam. W między czasie co chwilę podchodziłam do baru i zamawiałam kolejne kolejki tequili.Po jakiś  dwóch godzinach tak spędzonych nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa dlatego musiałam odpocząć chwilę przy barze.                        

 -Twoja współtowarzyszka znowu zaginęła?-zagadał do mnie mój znajomy barman.
-Nie ,tym razem daje ponieść się szaleństwu na parkiecie.
-Powinnaś ją raczej przetransportować do domu.
-Też ,tak sądzę.-spojrzałam na rudowłosą dalej szalejącą wśród tańczącego tłumu.
Jak pomyślałam tak też zrobiłam ,przebiłam się przez tłum i podeszłam do tańczącej kuzynki.
-Kat ,zbieramy się już.
-Noc jeszcze młoda!-odparła szczerząc się.
-Ale dzień stary!Idziemy!
-To ty sobie sama idź ,a ja pójdę potem.-Kat z nadmiaru alkoholu plątał się język.
Z nadzieją ,że nie będę ja potem musiała na siłę ściągać z parkietu wróciłam do baru.
-Uparta jak osioł.-odparłam obojętnie opierając się o blat.
-Jak rudy osioł.-powiedział Luke na co oboje parsknęliśmy śmiechem.-Mam nadzieję ,że ty nie jesteś tak uparta i dostanę twój numer.-po chwili obdarzył mnie „uśmiechem nr 5”.
-W sumie to … niech będzie ,dostaniesz mój numer.-odwzajemniłam uśmiech po czym podałam blondynowi ciąg cyfr ,które zapisał na serwetce.
Kolejne minuty spędziłam popijając drinki ,rozmawiając z Lukem i czekając  na Kat.W końcu moja kuzynka raczyła do mnie podejść i udało mi się ją nakłonić do powrotu. Jednak okazało się to wcale nie takie łatwe. Pożegnałam się z Lukem i wyszłyśmy z klubu ,chciałyśmy zamówić taksówkę ,ale Kat jak to ona musiała oczywiście zgubić torebkę.Na do datek okazało się ,że ja swój telefon zostawiłam w domu.Jednak nawet jeśli udało by się nam zamówić taksówkę to i tak nie miałybyśmy jak za nią zapłacić.Nie miałam już ochoty wracać do klubu i szukać torebki Kat ,która i tak pewnie zaginęła bez śladu. Musiałyśmy wracać do domu pieszo. Było już po pierwszej ,temperatura znacznie spadła przez co cała trzęsłam się z zimna.Nie odzywając się do siebie podążałyśmy ulicą  oświetloną lampami ,które i tak nie dawały tyle światła ile powinny.Idąc patrzyłam w niebo , było bezchmurne dlatego idealnie widoczne były na nim miliony gwiazd. Zafascynowana  wpatrywałam się w granatowe sklepienie przez co omal nie potknęłam się o własne nogi. Zaczęłam być  coraz bardziej zdenerwowana tym ,że przez Kat musiałyśmy o tej godzinie tłuc się po Gloucester
.
-Jak można zgubić portfel i telefon! - przerwałam cisze starając się powstrzymywać moje zdenerwowanie.
-Takim samym sposobem jak można zgubić torebkę z nimi w środku! Poza tym nie krzycz do mnie ,bo ja do ciebie nie krzyczę!
-No nie , wcale !Ty tylko głośno mówisz.
-Tak , ja tylko głośno mówię!-„powiedziała głośno” ,a raczej wykrzyczała Katherine.
Przez kolejne minuty drogi do domu nie odzywałyśmy się do siebie ,aż do momentu ,gdy Kat nagle zatrzymała się przeklinając głośno.
-Cholera jasna!Co za debil wymyślił jakieś głupie studzienki kanalizacyjne!-krzyczała wkurzona Kat próbując wydostać jakoś swój biedny obcas.Ja natomiast stałam obok ledwo trzymając się na nogach i śmiejąc się pod nosem przyglądając się operacji wyjmowania szpilki ze studzienki kanalizacyjnej.Kat w pewniej chili mocno pociągła butem tracąc przy tym równowagę i upadając na chodnik.W efekcie obcas dalej tkwił studzience a Kat na chodniku. Ten widok by po prostu bezcenny!
-Zaskarżę to głupie miasto!Biedni obywatele muszą  się mocować z jakimiś durnymi studzienkami. To jest kurde szczyt chamstwa!-przeklinała głośno Kat ,a ja nie mogłam pohamować śmiechu patrząc na tą całą sytuację.
-I co się głupio szczerzysz!?-wypaliła do mnie.
-A co nie moge?
-Nie! Wszędzie tylko chamstwo i debilizm!
-Tak ,tak.-dalej pękałam ze śmiechu ,idąc i potykając się o własne nogi.
-Jak by tobie się coś takiego przytrafiło to byś się tak nie brechtała! Było by tylko „Kat ,moja ty kochana kuzyneczko ponieś mnie bo ja nie dam rady iść bez jednego obcasa”.-przedrzeźniała mnie.
-Ty sobie za dużo do mnie pyskujesz!
-Chyba właśnie ty!
-Dobra ,nie życzę sobie już żebyś się w moją stronę wypowiadała.
-To se możesz nie życzyć ,ale to nie jest koncert życzeń.
-No dobra dobra , cicho już bądź.
-A to może ja się cały czas niby odzywam?!
-A co?Pewnie to ja nadaje jak głupia , tak?
-Nie mów już nic do mnie.-wymamrotała.
-Imprezy jej się zachciało. A jutro będziemy umierać na kaca morderco-zabujcę. -bełkotałam pod nosem.
-Chyba ty będziesz umierać!Ja jestem nie zniszczalna!
-Cicho bądź bo cię zaraz własnoręcznie zabije.
-Pomocy!Ona mi grozi śmiercią!-wykrzyczała wniebogłosy pijana Katherine.
-Zamknij się kobieto ,ty jesteś nie poczytalna!-wkurzona przyśpieszyłam i próbowała iść daleko przed nią ,aby nie wysłuchiwać już głupot jakich ma do powiedzenia. W tym momencie miałam jej serdecznie dość ,co jak co ale pijana i zdenerwowana Kat jest nie do wytrzymania. Z resztą od tych butów nie miłosiernie bolały mnie nogi i chciałam jak najszybciej znaleźć się w moim ciepłym łóżeczku.Właśnie wkraczałyśmy na ulice prowadzącą do mojej rezydencji.Z każdym metrem byłam coraz bardziej zmęczona ,a moje nogi bardziej się plątały.Szłam dalej ,a każdy szelest wydawał mi się podejrzany.W końcu dotarłam do domu."No ,tak a co z Kat?" -pomyślałam patrząc na zalaną dziewczynę.
Najpierw chciałam pożyczyć Kat moje buty ,żeby nie połamała sobie nóg przez swojego buta bez obcasa ,ale potem stwierdziłam ,że jest zbyt pijana ,aby sama dojść do domu.Musiałam ją u mnie przenocować. Na szczęście drzwi tarasowe z tyłu domu były otwarte  ,więc bez przeszkód dostałyśmy się do środka nie budząc przy tym nikogo.Przyniosłam z mojego pokoju koc i zrobiłam Kat posłanie na kanapie w salonie.Na szczęście nie miałam z nią już problemów ,bo była dosyć śpiąca.Wysłałam jeszcze smsa do cioci z informacją ,że Kat została u mnie na noc.Potem  przyniosłam rudowłosej  moją pidżamę ,ale gdy przyszłam Kat już smacznie spała.Poszłam więc na górę ,zmyłam makijaż , zdjęłam moje wyjściowe ciuchy i położyłam się spać.


-----------------------------------------------------------------------
Witam Was!

A więc mam dziś nie nieciekawy dzień i w ogóle cały tydzień.Rozdział według mnie jest byle jaki.Pisany przed chwilą.Wena mnie opuściła i nie wróciła.Mam teraz doła i nie mam humoru ,jak z resztą widać.Nie będę się rozpisywać ,kolejny będzie w piątek.Będe mieć w tedy spotkanie  z nową klasą więc życzcie mi powodzenia.;)
No to Happy #WantedWednesday ;)
 
Miło gdyby skomentowało więcej osób niż zwykle.
Do następnego Miśki ;*
 

piątek, 5 lipca 2013

Rozdział 12

 Stałam jeszcze jak głupia w drzwiach i patrzyłam jak Nathan wychodzi.Nie spodziewałam się tego.Niby wyjazd ,no tak przecież w jego branży to normalne ,trasy i koncerty ,spotkania z fanami ,itp.W mojej głowie pojawił się kolejny powód dający mi do zrozumienia ,że Nathan nie jest dla mnie.Z resztą to już nie ważne…Choć z drugiej strony jedna część mnie mówi ,że to wcale nie musi być koniec ,że to tylko dwa miesiące które przecież kiedyś się skończą ,a Nathan wróci.No właśnie.Wróci ale do Londynu ,wróci ale do swoich zajęć i obowiązków.Nawet jeśli pojechałabym tam ,to ze względu na niego ,czy przez to ,że naprawdę chce tam zamieszkać i znaleźć pracę? Byłam pewna ,że jeśli zdecyduje się na wyjazd to na pewno nie chce tego robić dla kogoś ,tylko dla mnie… W tej chwili w mojej głowie panował chaos ,tysiące nie raz sprzecznych myśli ,nad którymi nie miałam już siły się męczyć.

-April?-zapytała mnie mama wybijając mnie z rozmyśleń.-Chodź tu.

Yhm...nie szkodzi ,że dokładnie wszystko posprzątałam z Baby Nathem ,ona i tak wiedziała ,że ktoś wtargnął na jej terytorium.
-Tak?-spytałam opierając się o blat ,a ona wskazała wzrokiem na zlew pełen naczyń do wymycia.
-No więc co to był za gość?
-Jaki?-zabrałam się za wkładanie naczyń do zmywarki.
-Aaa no ten ,to taki tam kolego-znajomy.
-Kolego co?
-Nie ważne.Lepiej spróbuj naszego puddingu.
-Jak by coś z niego jeszcze zostało.Ojciec właśnie wcina cały talerz przed telewizorem.-odparła śmiejąc się mama ,a ja spojrzałam na ten widok w salonie i lekko się uśmiechnęłam.
-Idę już na górę.-oznajmiłam i poczłapałam po schodach do łazienki.

Co jak co ,ale kąpiel była dla mnie najlepsza na kaca , a prysznic doskonale pomagał w poukładaniu swoich myśli.Jak by woda choć na chwilę potrafiła zmyć z człowieka wszystkie jego problemy.Gorący strumień wody długo spływał po moim ciele.Niby to pomogło ,ale na pewno nie pomogło mi się pozbyć rozczarowania ,które owładnęło mnie od chwili gdy Nath powiedział „wyjeżdżam”.Wyszłam z zaparowanej kabiny i wysuszyłam się.Potem przebrałam się w pidżamę i udałam się do mojego pokoju ,a konkretnie do łóżka.Nie miałam już dziś ochoty na nic ,snu potrzebowałam teraz najbardziej.

Następnego dnia obudziłam się z bólem głowy.Było prawie południe a ja nie miałam najmniejszej ochoty opuszczać łóżka.W końcu dzięki małej motywacji zwanej głodem zeszłam na dół.Dałam jedzenie psu ,zaparzyłam sobie herbatę i zrobiłam kanapkę.Potem znowu udałam się do mojego królestwa.Moje obijanie się przerwał sms od Kat.

„Wbijam do cb za pół godziny.”

Dobrze wiedzieć… Oczy same mi się kleiły a mięśnie odmawiały posłuszeństwa ,ostatnią rzeczą której dziś potrzebowałam to donośny głos mojej zwariowanej kuzynki.Jakoś nie przejęłam się bardzo jej zapowiedziom i dalej okupowałam moją oazę spokoju ,zwaną przez innych łóżkiem.I tak jak pisała Kat …pół godziny później po domu rozbiegł się dźwięk dzwonka do drzwi.Zebrałam wszystkie swoje siły i zbiegłam po schodach na dół.

-Ap ,to ty?-zdziwiła się Katherine wpatrując się we mnie z głupią miną.

-Nie , znajdujesz się w Japoni ,a przed tobą stoi Święty Mikołaj.-odparłam sarkastycznie.
-Oj widzę ,że chyba na urlopie ten Mikołaj.-roześmiała się patrząc się na moją pidżame.
-Właź kobieto.-zamknęłam drzwi.
-Napijesz się czegoś?-zapytałam jak przystało na panią domu.
-Nie , dzięki.Chyba wiesz czemu zawdzięczam ci tą wizytę?
-Domyślam się.-odburknęłam.
-No więc?-zapytała siadając na kanapie.
-Wyjeżdża.-odparłam obojętnie.
-Kto?Co?Jak?-Kat z niedowierzania przymrużyła oczy.
-Nathan ,wylatuje z zespołem do USA na prawie da miesiące.
-Co? Wkręcasz mnie!-ruda skrzyżowałam ręce na piersi ,a ja zrobiłam poważną minę.-I co teraz?
-Jak co?No nic.
-Za wami 3 „spotkania towarzyskie”-moja kuzynka zaakcentowała te wyrazy jak to ja kiedyś je powiedziałam.-a on się ulatnia!-mówiła ożywiona.
-Kat ,przecież to nie specjalnie ,ani…
-Oj , no wiem… szkoda.-posmutniała.-Zawsze gdy was razem widziałam szczerzyliście się jak szczerbaty do sucharów.-odparła na co ja parsknęłam śmiechem.
-Ale ja tego tak nie zostawię!-po minucie ciszy wypaliła ożywiona Katherine.-Nie będziesz ,koleżanko sama!Ja podejmę się tego i Cię wyswatam.
-Odbiło ci!?Nie potrzebuje ŻADNEGO swatania.
-Jesteś od roku sama.Ap ,musisz kogoś poznać.-Kat mówiła teraz jak psycholog.
-Może i potrzebuje ,ale bez twojej pomocy!
-Niech ci będzie.Ale zdajesz sobie mam nadziej sprawę ,że w tej pidżamce nikogo nie wyrwiesz? Dlatego dziś idziemy do klubu!
-Dziś?-spytałam przerażonym tonem. W takim stanie to ja się co najwyżej mogę nadawać tylko do klubu emerytów…
-Ubiorę Cie ,umaluje ,wyszykuje…Nie wykręcisz się!Wieczorem wychodzimy.-informował mnie jej stanowczy ton.
-Przywieź mi jeszcze ciężarówkę tabletek na ból głowy ,ok?
-To też da się załatwić.-uśmiechnęła się Kat ,po czym wyjęła ze swojej torebki ,w której było chyba wszystko ,tabletki.
-Jesteś nie możliwa!

Resztę dnia spędziłyśmy gadając ,na różne tematy i śmiejąc się bez pamięci. Co jak co ,ale to zawsze Kat okazuje się być najlepszym lekiem na brak dobrego nastroju. Nie mam pojęcia skąd ona bierze tą swoją energię i te wszystkie zwariowane pomysły.Czasami jej tego zazdroszczę.Około 15 , jako że lodówka świeciła pustkami , zamówiłyśmy pizzę ,a kilka godzin później zaczęłyśmy przygotowania do wyjścia.Najpierw zamknęłyśmy się w łazience na cztery spusty i zajęłyśmy makijażem i fryzurą.Kat po mistrzowsku skręciła moje włosy w kształtne spirale spadające na moje ramiona.Potem zanurkowałyśmy w mojej wielkiej szafie ,w poszukiwaniu adekwatnych ubrań.Kat znalazła tam na moje nieszczęście swoje ubrania ,które „zapożyczyłam” od niej na imprezie Hallowenowej po kąpieli w basenie ,jednak nie była za to na mnie zła.W końcu wybrałam jakieś ubrania i oboje byłyśmy gotowe.Katherine jako stały bywalec klubów wybrała miejsce naszego dzisiejszego imprezowania.Zamówiłyśmy taksówkę ,która zawiozła nas pod klub "Metaxa".Pod klubem ku naszemu dziwieniu nie stała jak zwykle kolejka ludzi.No tak czego się spodziewać ,w końcu dziś jest czwartek.W prost idealny dzień do imprezowania... Nie zraziłyśmy się jednak tym ,że dziś jest środek tygodnia ,a w klubie jest o połowę mniej ludzi niż zwykle. Odrazu po wejściu do "Metaxy" udałyśmy się do baru.Z tąd było widać dobrze całe wnętrze , które oświetlały różnego koloru światła .Na parkiecie , pod sprzętem dj'a tańczyli ludzie ,nie tyle co zwykle , ale nie można też było powiedzieć ,że klub świecił dziś pustkami.Połowa z popielatych ,kanciastych kanap znajdujących się w rogu pomieszczenia była zajęta.Z kontenplaci otoczenia wybiłam mnie moja wspóltowarzyszka.

-Ap?Co zamawiasz?-zapytała ,a raczej wykrzyczała mnie do ucha.
-Może być t
equila.-zwróciłam się do barmana ,który już zajmował się drinkiem dla Katherine.
-Ap co ty taka jakaś nie obecna?
-Mówiłam ci przecież ,że dziś nie mam ochoty na imprezę.
-Daj spokój!-spojrzała na mnie.-Napijemy się ,potańczymy , zobaczysz że będziemy się świetnie bawić.-mówiła pewnie.
-Jak ty dorwiesz się do parkietu to nie będzie Cie szło z niego ściągnąć.-roześmiałam się przypominając sobie ostatnie imprezy na których moja pijana kuzynka nie miała sobie równych w wygłupianiu się na parkiecie.
-Ale mam nadzieje ,że ciebie też!-wskazała na mnie palcem upijając łyk swojego drinka.
-To się zobaczy.
-Ja zmykam , wiesz gdzie ...-upiła jeszcze łyk wstając z barowego krzesła.-zaraz wracam.-poszła w stronę toalet zostawiając mnie sam na sam z barmanem.
Sączyłam właśnie swoją tequile gdy barman oparł ramię o blat i zapytał-Mam wrażenie ,że się skądś znamy.
O tak! Możliwe ,że widziałam cie na wiocha.pl
-Nie sądzę.-odparłam speszona ,nawet nie przyglądając się specjalnie rozmówcy.
-A ja myślę April ,że spędziliśmy razem w jednej klasie  najgłupsze 3 lata.
-Ymm... sorki ,ale jakoś cie nie pamiętam.-odparłam .... zaskoczona to chyba mało powiedziane.-Luke?-wydukałam niepewnie ,ale blondyn kiwnął potwierdzająco głową.-Sorry ,nie poznałam cię.
-Tak bardzo wyrosłem?-roześmiał się.
-Trochę ,tak.
-Kochałem się w tobie przez całą 2 klasę.-uśmiechnął się lekko pod nosem.
-Wybacz ,ale nie miałam pojęcia.-nie wiedziałam co powiedzieć na takie "wyznanie".
-Fajnie sie dowiedzieć o takich bzdurach po latach ,co?
-Miło.-uśmiechnęłam sie lekko speszona.-Pracujesz tu?-zmieniłam temat na ,jakże głupim pytaniem ,a raczej stwierdzeniem.
-Jak widać.-uśmiechnął się.-wszystkie alkohole są do mojej dyspozycji.-wskazał wzrokiem na półki licznych butelek.
-Czasem też bym tak chciała.
-A ty?Pracujesz gdzieś?
-Jestem na razie szczęśliwą bezrobotną ,ale planuje to zmienić.
-Szczęśliwą?-roześmiał się.
-Na razie pod pod dachem u rodziców niczego mi nie brakuje i rozkoszuje sie moimi -zaznaczyłam w powietrzu cudzysłów.-wakacjami.
-Wakacjami powiadasz.
-Jako bezrobotna mam teraz można powiedzieć wakacje.-rzekłam i wypiłam do dna moją tequilę.
-Bardzo dobre podejście.-i kolejny uśmiech z jego strony ,jak tak dalej pójdzie to zaraz tu zemdleje.
-Idę poszukać mojej współtowarzyszki.-uśmiechnęłam się niewinnie i ruszyłam w stronę toalet ,gdzie rzekomo udała się rudowłosa.


-------------------------------------------------------------------------------------
Witam! ;)

No to tak... kłódki ,z błędami i taki sobie.Ok zamykam się już!Nic nie mówię ;) 
Pisany w trakcie burzy w notatniku więc małe błędziki tam gdzieś pewnie są.
Ale mniejsza.Co do następnego to będzie dopiero w poniedziałek.Wiem ,ten też miał być wcześniej ,ale jak by to powiedzieć ...jestem teraz rozchwytywana i spędzam mało czasu w domu.Jednak rozdziały od 14 w góre są już napisane ^^ więc będą dodawane ,oj będą ;)
Mam nadziej ,że fajnie spędzacie wakacje bo ja nie narzekam.

No więc żegnam Was bejbusy i zachęcam do obiektywnej oceny w komentarzach! ;*

wtorek, 2 lipca 2013

Rozdział 11

Rozdział 11
 

-Fajne imię.-upiłem łyk gorącej herbaty.
-A pochwalę Ci się ,że mojego pomysłu.-April mówiąc lekko się uśmiechała.-Kiedyś oglądałam Epokę Lodowcową i jakoś tak Diego przypominał mi tego tygrysa , no wiesz… te wystające kły.
-O widzisz coś mnie łączy z twoim psem.Nie zgadniesz jak wszyscy moi znajomi do mnie mówią!
-ymm…-dziewczyna przyglądała mi się przez się kilka sekund ,a po chwili zapytała śmiejąc się perliście.-Leniwiec Sid?No wiesz w sumie to masz coś takiego… podobnego w sobie…-April mówiła przez śmiech.
-Ale naprawdę jestem aż tak Sidowy?
-Jak by to powiedzieć ….-zawahała się by potem stanowczo powiedzieć.-tak!
-Ale pamiętaj ,że masz zakaz mówienia tak do mnie.
-Tak samo jak Baby Nath?
-Tak!
-No… nie obiecuje ,czy mi się może czasem nie wyrwie.
-Jak by co to pamiętaj ,że mam w zanadrzu dużo kar!
-Ciekawe jakich?-zadrwiła z uśmiechem.
-A zdziwiła byś się!
-Aż strach się bać!
-I niech tak zostanie.-odpadłem i zająłem się moją herbatą.

Nastała teraz cisza ,słychać było jak deszcz ciężko obija się o rynny.Słysząc to , jak by mój dobry dotąd nastój w minucie się pogorszył. Nie dawała mi spokoju myśl ,że będę musiał powiedzieć April coś bardzo ważnego. Czego ja i z pewnością ona też będzie żałowała ,że musi się wydarzyć. Prawie dwa miesiące ,ja w Ameryce ,a ona tu.Pewnie nie będzie na mnie czekała  ,taka dziewczyna jak ona nie musi długo czekać aż ktoś się nią zainteresuje.Za nami zaledwie kilka spotkań ,a już musimy zakończyć naszą znajomość.

-Podobają mi się te obrazy.-palnąłem byle głupotę ,aby przerwać ciszę.
-Ten z Big Benem i Tym wielkim posągiem na wzgórzu sama namalowałam.-popatrzyła w ich stronę.
-Naprawdę?-zapytałem zdziwiony bo obrazy były naprawdę genialne.
-Nie ,tylko tak mówię ,żeby Ci zaimponować ,ale i tak wiem że Cie to nie interesuje.-powiedziała jednym tchem i wzruszyła ramionami.
-No dobra ,a malujesz jakieś … akty?-zapytałem na co dziewczyna zakrztusiła się herbatą po czym wybuchła śmiechem ,a ja oczywiście nie wiedziałem o co chodzi.
-Akty?-zapytała zaskoczona unosząc brew.
-No …-dopiero teraz zdałem sobie sprawę jaką głupotę powiedziałem. O CHOLERA!-Nie nie to znaczy , kurde pomyliłem się!Chodziło mi o te …no autoportrety.-z tego całego zakłopotania własną głupotą nie mogłem się wyłowić.
-Autoportrety powiadasz?-April dalej śmiałą się w najlepsze.
-Znowu coś głupiego palnąłem?
-Chyba raczej portrety.-odparła ,a ja zrobiłem facepama.
-To ja się już lepiej może nie będę wypowiadał.
-W sumie to czemu nie?Zakłopotany Nathan Sykes to chyba rzadki widok.
-I lepiej niech tak pozostanie.

Brunetka wzięła swój i mój pusty kubek ,a następnie odłożyła je do kuchni.

-Aktów się Baby Nathowi zachciało.-zaśmiała się pod nosem.
-Co ty tam mamroczesz?
-A nic nic , tak tylko się z ciebie nabijam.
-Za dobrze coś ze mną masz.To się z człowieka nabija ,to obraża , używa głupich nazewnictw.-zacząłem wyliczać.
-Wrzuca po pijaku do basenu.-przerwała mi ,a na samą myśl o tym wydarzeniu z Hallowenowej imprezy oboje wybuchliśmy śmiechem.
-Zaraz ,a co było potem?-próbowałem rozjaśnić lukę w mojej pamięci.
-Potem było wielkie suszenie ,a następnie…-April zamyśliła się.-właściwie to nie pamiętam…
-Ja też nie…może nie robiliśmy jednak nic głupiego.
-Oby nie.-odparła stanowczo Ap ,opierając się tyłem o kuchenny blat.-Dobry z ciebie kucharz?-zapytała po chwili.
-Domownicy jakoś nie narzekają z tego co wiem.
-No proszę i w dodatku umie gotować!
-Jeszcze umie śpiewać  , grać na pianinie , tańczyć , robić z siebie kompletnego idiotę.
-Oj musze się z tym zgodzić!A i zapomniałeś jeszcze o przechwalaniu się!
-No nie!Cokolwiek powiem jest źle… tobie to jednak trudno dogodzić.
-Spróbuj mi dogodzić piec ze mną pudding ,ok?
-Pudding?-zdziwiłem się.
-To takie budynio podobne ciasto ,które mam nadzieje w moim wykonaniu będzie w miarę jadalne.
-Droga Ap ,wiem co to pudding i jestem pewny ,że w naszym –podkreślenie wyrazu „naszym”-wykonaniu będzie w 100% jadalny.
-Jak zwykle ,ten człowiek umie tylko jedno…-April westchnęła.
-No co?Mówie jak będzie.-broniłem się.
-A i jeszcze zapomniałam dodać ,że jesteś zawsze wszechwiedzący.-odparła z lekkim uśmiechem otwierając lodówkę.

Następnie zabraliśmy się za pieczenie ciasta.Niby z nas 100% angole ,a jednak pudding to dla nas nie taka łatwa sprawa.Oczywiście nie obeszło się bez różnego rodzaju wpadek i wypadków ,które powodowały większe i mniejsze straty w kuchni.Nie obyło się też bez „przedawkowania”  składników w moim wykonaniu ,ale mimo wszystko trwaliśmy w nadziei ,że pudding będzie chociaż w miarę jadalny.Po włożeniu ciasta do piekarnika zajęliśmy się bałaganem ,a właściwe syfem jaki po sobie tam zostawiliśmy.Jak przeczuwałem … nie obyło się bez „bitwy na mąke”.No tak …ledwo co westchnąłem po tym pieprzonym deszczu  to teraz byłem cały w mące.W końcu jednak jakoś udało nam się wszystko ogarnąć , choć z mąką poszło trudniej… ciasto było gotowe ,więc dumni zasiedliśmy do stołu.W sumie to nasz pudding nie wyglądał tak najgorzej … jak na pierwszy raz to nawet można powiedzieć ,że był udany.

Skończyliśmy jeść.Nastała cisza.To ten moment.To trudne … w dodatku cała przyjazna do tond atmosfera nagle zniknie.Jednak muszę w końcu to z siebie wydusić.

-April.-powiedziałem cicho ,ale nie na tyle że dziewczyna podniosła wzrok.-Ja wyjeżdżam.-powiedziałem na jednym oddechu ,aby mieć to już za sobą.
-Wyjeżdżasz ,do Londynu?-zapytała zaskoczona moim poważnym i zarazem zdenerwowanym tonem.
-Też…to znaczy razem z zespołem jedziemy w trasę po USA.-Ap milczała ,miała zaskoczoną i chyba też rozczarowaną minę.-Na… –wziąłem głęboki oddech.-na prawie dwa miesiące.-„dwa miesiące” te słowa chyba najtrudniej przeszły mi przez gardło.
-To długo i daleko...-radosny płomyk w jej oczach jak by teraz zgasł.

Oboje teraz próbowaliśmy blado się uśmiechnąć ,jak by próbować wyrazić przez to ,że ta sytuacja wcale nie jest taka powarzna.Chciałbym ,aby nie była taka poważna… Zawsze gdy mówiłem rodzinie ,że wyjeżdżam ani oni ,ani ja nie mieliśmy z tym żadnego problemu. To było dla nich naturalne ,że mam takie obowiązki. Jednak z April było inaczej.

-Ale mam nadzieje ,że przed świętami się uda nam jakoś spotkać.-wydukałem.
-Ja chyba nigdzie się nie wybieram ,więc pewnie tak…-powiedziała starając się przyjąć obojętny ton ,ale ja czułem jak by cała radość z niej w tej chwili wyparowałą.

Naszą wymianę zdań przerwał dźwięk otwierających się wejściowych drzwi.Jak można się domyśleć byli to rodzice April.Dziewczyna na ich widok jak by ocknęła się z przemyśleń.


-Pójdę już.-odparłem i wstałem od szklanego stołu ,a kobieta o kruczoczarnych włosach z reklamówkami w ręce weszła do przedpokoju.
-Mamo to jest Nathan.-odezwała się Ap ,a jej matka jak by lekko zaskoczona wpatrywała się we mnie.
-Dzień dobry.Ja…właśnie wychodzę.-razem z April udaliśmy się do wiatrołapu.
-Pożyczę Ci parasol , bo pewnie dalej pada.-dziewczyna otworzyła szafę po czym wręczyła mi przedmiot.
-April…szkoda ,że tak się złożyło.
-Bywa.-odpowiedziała obojętnie.-Mam nadzieje ,że dacie tam świetne koncerty.
-Ja też mam taką nadzieję.-ubrałem kurtkę. -To do kiedyś-Do zobaczenia na livestreamach.-wymusiła uśmiech.
-Będę mentalnie z tobą.
-No ja myślę.
-Więc żegnaj April.-odparłem i przytuliłem dziewczynę na pożegnanie z nadzieją ,że to nie ostatni raz kiedy się widzimy.Popatrzyłem jeszcze w jej oczy ,które przypominały morze czekolady ,w którym można było bez pamięci się zatopić.Otworzyłem drzwi , Ap się nie myliła na dworze lało jak z cebra.Otworzyłem parasol idąc po marmurowych schodach.Dziewczyna stałą właśnie w na wpól otwartych drzwiach ,nasze spojrzenia się spotkały...Ap zamknęła drzwi a ja udałem się przed siebie.

----------------------------------------------------------------------------------------------

 No witam moje ziomeczki! ;)

Takie tam dla Was natworzyłam.Tak ,wiem to z psem było głupie ,ale jakoś tak samo przylazł mi do głowy...No cóż.Załamane tym "rozstaniem"?Bo ja nie! ;)Musze przyznać ,że z przyjemnością pisało mi się ten rozdział , ach ten smutny nastój ^^

Ja już kończę bo internet ledwo zipie.Tak więc ocenę pozostawiam Wam! ;)

Do nn! ;*  mój trójkąt bermudzki <3 font="">


PS.Wy też macie czasem problem z dodaniem posta? Często wskakuje mi jakiś błąd i musze się z tym męczyć. ;(

piątek, 28 czerwca 2013



Rozdział 10

Jak zwykle ,te same rutynowe czynności powtarzane każdego dnia.Wstałam rano i znowu nie wiedziałam co z sobą zrobić.Postanowiłam ,że na pewno nie spędzę kolejnego dnia gnijąc przed szklanym pudłem w salonie.Jedną z opcji rekreacji może być… na przykład spacerek z moim czworonogiem.Jednak gdy zobaczyłam jaka na zewnątrz panuje pogoda ,czyli typowo Angielska , jakoś cały zapał ze mnie wyparował.I jak można się domyśleć jak zawsze skończyło się na leżlingu w salonie.Jednak około południa miałam dość i postanowiłam zabrać Diego do parku.Ubrałam się , nieco ogarnęłam i byłam gotowa do wyjścia.W sumie to jednak nie było tak zimno ,przynajmniej nie padał deszcz ,którego nie darze zbyt dużą sympatią.Jak zwykle obrałam tą samą parkową trasę ,kolejny raz przechodziłam koło miejsca ,w którym po raz pierwszy zadzwonił po mnie Nathan i obok fontanny przy której wczoraj spotkałam się z Kat.Nagle Gloucester zaczęło mi się wydawać zbyt małe i zbyt monotonne.Niby miało swój typowy urok ,który zawsze lubiłam ,ale w tym momencie stanowczo zaczęło brakować mi czegoś nowego.Czy potrzebowałam zmiany otoczenia?To z pewnością równało by się z wyjazdem.Myślę ,że to w całe nie byłby głupi pomysł.Zaczęłam już planować w bardzo nie dalekiej przyszłości własne mieszkanie ,to może i zmienić miasto…na większe ,takie jak Londyn.Tam byłam tylko 4 razy.Niby jest to niecałe 3 godziny drogi stąd ,a jednak nie dane mi było tak często odwiedzać stolicy.Właśnie może dlatego tak bardzo mnie do niej ciągnęło…
Z takimi przemyśleniami na temat moich najbliższych planów pokonywałam razem z Diego kolejne kilometry wokół zielonych parkowych uliczek. Niedaleko znajdował się sklep ,który postanowiłam odwiedzić.Udałam się w jego kierunku ,a gdy byłam już na miejscu jak zwykle przywiązałam smycz psa do słupa i weszłam do środka.Przemierzałam kolejne sklepowe półki ,gdy nagle nabrałam ochoty na pieczenie.O tak ,to bardzo dobry pomysł!Zawsze lubiłam wszelkie słodkości i ciasta ,nawet gdy byłam mała chciałam zostać cukiernikiem i otworzyć własny biznesik.Jednak były to tylko chwilowe pragnienia.Kupiłam wszystkie potrzebne produkty i wyszłam ze sklepu.W jednej ręce miałam torbę zakupów ,a w drugiej smycz z wyprzedzającym mnie a raczej sunącym do przodu Diego ,tak że po jakiś 5 metrach drogi papierowa reklamówka wypełniona zakupami uległa małej destrukcji podczas wypadania mi z rąk ,a w efekcie wylądowaniu moich zakupów na chodniku.-,- Szybko jednak ogarnęłam szkody i ruszyłam do domu.Modliłam się tylko ,żeby nie zaczął padać deszcz bo w tedy to dopiero bym była urządzona.
Po dotarciu do domu i umieszczeniu zakupów w lodówce stwierdziłam ,że chyba jednak dziś nie uda mi się przyrządzić tego ciasta bo do spotkania z Nathanem zostały mi niecałe dwie godziny ,a przecież trzeba się jakoś do tego przyszykować. Odgrzałam sobie obiad z poprzedniego dnia po czym przystąpiłam do przygotowań. Najpierw przystąpiłam do wyboru ubrania.Jak zwykle miałam z tym dylemat. Przebierałam się kilka razy ,ale w końcu wybrałam w miarę adekwatny zestaw .Potem udałam się do łazienki ,gdzie siłowałam się z kosmetykami i prostownicą.
Właśnie wyłączyłam prostownice i już biegłam w kierunku schodów ,gdy usłyszałam dzwonek do drzwi.
-Chwileczkę!-zawołałam szukając wzrokiem w każdym zakątku wiatrołapu mojej torebki.Jak zwykle gdy czegoś potrzebuje to nigdzie tego czegoś nie ma ,a gdy nie jest mi potrzebne to lata dosłownie po całym domu!Odpuściłam sobie poszukiwania i zdenerwowana włożyłam telefon oraz portfel do kieszeni spodni.Następnie z nadziejom

,że Nathan jeszcze sobie nie odpuścił czekania otworzyłam drzwi.


                                          
                                              Perspektywa Nathana

-Nath ,pożyczysz mi samochód?-zapytała mnie mama ,gdy właśnie zalewałem wrzątkiem herbatę.
-Twój znowu się zepsuł?-podeszła do mnie.
-Nie chce zapalić ,ale to pewnie jak zwykle drobna usterka.
-„Drobna usterka” , już dawno powinienem ci kupić jakieś lepsze auto.
-Przecież wiesz ,że nie musisz.
-Ale chce.
-Więc synu?Poratujesz swoją biedna matkę?
-Kluczyki są na komodzie w przedpokoju.-popatrzyłem na moją rodzicielkę z wzrokiem "jak tam będzie jakaś rysa to sorry mamo ,ale będziesz musiała jeździć sobie tym swoim dziadostwem".
-Dzięki.-odpowiedziała i  kolejny raz tego dnia poczochrała mnie po głowie niszcząc moją idealną fryzurę.
Usłyszałem zbiegającą po schodach Jess.
-A ty gdzie się wybierasz młoda?
-Z mamą do fryzjera.-odparła zadowolona Jessica.
-Aaa no tak.-oparłem się z kubkiem w ręce o kuchenną framugę.-Do tego mój samochód jest niezbędny.
Siostra podeszła do mnie i chyba znowu chciała zmolestować moje włosy.
-Ani się waż!-ostrzegłem zbliżającą się Jessice przewidując jej zamiary.
-To my będziemy za jakieś trzy godziny.-odparła mama wyjmując z szafy płaszcz.-A ty gdzieś będziesz wychodził?
-Tak ,zamierzam ,a co?
-A gdzie i z kim jeśli wolno spytać?-nagle zainteresowała się moja siostra.
-Informacja ściśle tajna.
-I tak wiem z kim i gdzie!
-Ty lepiej sobie już idź kolejkę u fryzjera zajmij ,młoda.
-Jess nie denerwuj „pana tajemniczego”.-zawołała melodyjnie moja matka.
-I tak wszystko wiem.-Jessica wystawiła w moją stronę język a następnie razem z mamą opuściła dom.
Może i się domyśla ,ale co mi tam… to i tak będzie nasze ostatnie spotkanie.Niestety...
Zbliżała się już 15.30.- a więc czas przygotować się do wyjścia.
Poszedłem do swojego pokoju i wygrzebałem jakieś ubrania z walizki.Przyjeżdżam tu zawsze na co najmniej tydzień ,ale i tak jestem zbyt leniwy aby poukładać wszystko w szafie.Koszula była by chyba zbyt elegancka… gdybyśmy szli do jakiejś restauracji to może by przeszło ,ale my idziemy… to znaczy nie wiem jeszcze gdzie się wybierzemy…Coś się wymyśli po drodze.No więc ubrałem zwykły biały t-shirt i ciemne jeansy.Jako ,że na polu było nieco pochmurno założyłem jeszcze czarną skurzaną kurkę z kapturem.Postawiłem jeszcze przed lustrem włosy i byłem gotowy do wyjścia. Zamknąłem dom na klucz i udałem się w stronę miejsca zamieszkania April.Byłem trochę zdenerwowany i zestresowany w końcu musiałem jej powiedzieć ,że wyjeżdżam .Nie mam pojęcia jak zareaguje ,ale mam nadzieje ,że nie będzie z tego powodu zła.Szkoda bo polubiłem ją , znamy się co prawda krótko , ale Ap wydaje się być fajną dziewczyną.Miło jest porozmawiać z kimś kto nie rzuca się na ciebie gdy tylko ci zobaczy.Ona jest inna niż te wszystkie dziewczyny. Dziewczyną które znałem do tej pory imponowało to czym się zajmuje, jednak w złym tego słowa znaczeniu.
Gdy tak sobie rozmyślałem chmury na niebie przybierały coraz ciemniejszej barwy ,a powietrze stało się ciężkie i wilgotne.To zapowiadało tylko jedno –deszcz.Tak jak myślałem , po chwili zaczęło padać.Jak to dobrze ,że ktoś jednak wymyślił tą kapuzę! –pomyślałem i nałożyłem kaptur na głowę.
Po jakiś dziesięciu minutach tego spaceru w deszczu stałem już pod domem April.Bramka była otwarta więc drogą wyłożoną terakotowymi płytkami podszedłem do drzwi i zadzwoniłem na dzwonek.
-Chwileczkę.-usłyszałem głos dziewczyny ,która krzątała się w przedpokoju.
Czekałem jeszcze kilka minut ,aż nareszcie otworzyła mi drzwi.
-Hej.-uśmiechnęła się lekko.-O matko!Nath ,ale jesteś mokry!Właź ,musisz się trochę wysuszyć.
-E tam ,może trochę…nie miałem samochodu ,a jak na złość w połowie drogi złapał mnie deszcz. –zdjąłem mokrą kurtkę i zawiesiłem na wieszaku ,to samo zrobiłem z przemoczonymi butami.
-Skąd ja znam te pechowe zbieg okoliczności.-odparła.-Pewnie nie pogardzisz herbatką?-zapytała uśmiechnięta.
-Nie pogardzę.-odwzajemniałem.
Dziewczyna udała się do kuchni ,a mi ruchem ręki kazała usiąść przy stole w kuchnio-jadalni.
-Rozgość się ,dziś akurat mam wolną chatę.
Przejechałem wzrokiem po mieszkaniu ,było ładnie urządzone ,w ciepłych kolorach.Na ścianach w salonie można było zobaczyć duże obrazy przedstawiające panoramy miast.
-Słodzisz?-z kontemplacji domu April wyrwało mnie pytanie dziewczyny.
-Dwie.
-Dwie?To tak jak ja.-odparła i po chwili położyła na stole dwa kubki herbaty.
Właśnie upijałem łyk gorącego napoju ,gdy na dworze rozbiegł się dźwięk piorunu.Dziewczyna siedząca naprzeciwko mnie błyskawicznie podniosła się z krzesła.
-Boisz się burzy?-zapytałem zdziwiony.
-Ja nie ,ale mój pies tak.-odparła otwierając w salonie szklane drzwi.W tej samej chwili do Ap podbiegł mokry owczarek.
-Tylko nie na mnie!-pies stanął przed biedną April i zaczął się otrzepywać z wody.-Następnym razem będziesz siedział na polu!-zagroziła ,a ja patrzyłem na ten zabawny widok.
-Teraz nie tylko ja jestem mokry.-spojrzałem z uśmiechem na zdenerwowaną dziewczynę.
-Ej bo ty zaraz też wylądujesz w ogrodzie!-zagroziła na co ja się roześmiałem.
-Ok ,ok.A nie przedstawisz mi…?-spojrzałem na wpatrującego się we mnie psa.
-Diego ,Nathan.Nathan ,Diego.-odparła siadając przy stole.


--------------------------------------------------------------------------------------------------
                            Siemnko! ;)
Przybyłam do Was z takim cosiem ;) no i jak? w sumie to powiem Wam ,że jestem zadowolnoa.Co prawda obiecałam już miliardy razy ,że rozdziały będą dłuższe ,ale jakoś mi to nie wychodzi. ;/ no cóż starałam się ,ale widocznie troszeczkę za mało.Dziś miałam trochę refleksyjny nastój i zauważyłam ,że jaki mam humor w takim samym charakterze są rozdziały.Mam nadzieje ,że jutro będe "tryskać radością" i napiszę dla Was super rozdizał ;)
A tak w ogóle w WAKACJE UWAŻAM ZA ROZPOCZĘTE!Tak ,tak ;) wczoraj miałam zakończenie roku ,które było naprawdę epickie.Tak ,że teraz macie pozdrowienia od lekko skacowanej Strangy xd a i do tego jeszcze bordowowłosej ;) to znaczy miało być na bordowo ,a jest bardziej fioletowo na mej głowie.Ale jest git majonez ;)

No więc , żegnam Was ciepło i do nexta! ;*

ps.Sorrki ,ale w ostatnim rozdziale coś mi się stało z czcionką ,więc wyszło trochę dziwnie.